Bus na zachód, piątek, południe. Przede mną para z przeuroczym pieskiem w kolorze herbatników, zachwycony podróżą. Wykorzystuje za długą smycz i przechodzi pod siedzeniem do mnie. Jestem typem osoby, która wita się z psami. Merda ogonem tak, że ledwo może ustać i liże mnie pod rękach. Szybko zabierają go do siebie, ale udaje mu się zwiać później jeszcze raz. W międzyczasie do busa wsiada babuszka w chuście, dokładnie tak pomarszczona, okrągła i przyjemna, jak powinna być. Chce wysiąść pod Jyskiem, ale nigdy tam nie była, nie zna trasy. Stresuje się. Współpasażerowie tłumaczą, którędy ma iść z przystanku, ktoś pokazuje mapę, ktoś tam wysiada i pokaże drogę. Serce rosło. Babuszka wysiada uspokojona, trzaskają drzwi. Zapada cisza i daje się usłyszeć słowa w radio - “what a wonderful world” głosem Louisa Armstronga. I taki jest, naprawdę taki jest. Tylko trzeba mu w tym pomagać.